Najpierw pomogłem pchać autokar, który nie chciał zapalić. Silny jestem.
Senegalczycy byli chyba zdziwieni, że taki biały turysta, w koszulce Burberry, na dodatek oryginalnej, a nie z miejscowego bazaru, chce pchać razem z nimi.
Chwilę potem podszedł do mnie starszawy mężczyzna i zaczął się zachwycać, jaki to nie jestem pomocny, mówić do czarno-białej współpracy i dziękować mi, bo to się rzadko spotyka. Cóż, nawet miał rację. I zaczęły się pytania: jak się nazywam, jak długo jestem w Dakarze, czy pierwszy raz i skąd przyjechałem. Kiedy powiedziałem, że jestem z Polski, z euforią krzyknął, że uwielbia Polaków, bo pracował kiedyś na statku, a Polak był jego szefem. W tym samym momencie wręczył mi wisiorek w kształcie afrykańskiego kontynentu, jako prezent i talizman. Podziękowałem pięknie. Za moment dał mi jeszcze naszyjnik i bransoletkę, które wyciągnął nagle z kieszeni, mówiąc, że daje mi je, bo jest bardzo szczęśliwy, bo właśnie wczoraj urodził mu się syn. I tą radością chce się ze mną dzielić. Nie wiem po co mi taka biżu, ale przyjąłem, nie chcąc go urazić. Wtedy zaczął opowiadać, ile to gości nie zaprasza na jutro z tej okazji, ile to kóz nie będzie musiał zabić, ile to kosztów nie poniesie, ale syn to takie szczęście, że jest tego warte. A potem wyciągnął ode mnie parę tysięcy franków, jak to powiedział, „na mleko dla dziecka”.

Tego samego dnia, już bez żadnego pchania autobusu, ot tak sobie zostałem zaczepiony jeszcze dwa razy i dwa razy dostałem identyczne wisiory, naszyjniki i bransoletki i usłyszałem identyczne historie, prawie co do słowa. Ale im już podziękowałem i wszystko oddałem.

A potem poszedłem sobie na długi spacer i uwierzcie, nie da się tak sobie połazić spokojnie. Tym razem jeden mężczyzna postanowił pokazać mi swój bar w wiosce rybackiej. No dobra. Kolorowe łodzie na brzegu wyglądały przepięknie, żałowałem, że nie mam ze sobą aparatu. A ten bar był już tutaj tutaj, a my szliśmy i szliśmy jakimiś zaułkami i tylko troszeczkę bałem się, że mnie za chwilę zamordują. Ale przecież jestem silny, umiem wypchąć autobus. W końcu dołączył się do nas starszy pan, który jest „ojcem wioski” i pokazał mi ciekawe miejsca: meczety, gdzie modlą się mężczyźni, miejsce sądów sąsiedzkich, kilkusetletnie baobaby przynoszące szczęście, wąskie przejścia, gdzie podobno Gerard Depardieu nie mógł się zmieścić ze swoim brzuchem, cmentarz tylko z usypanymi kopczykami, ale bez żadnych tablic, bo po śmierci wszyscy są sobie równi i uliczkę krawców.
Oczywiście na koniec chcieli ode mnie całkiem sporą sumę na jedzenie dla dzieci w wiosce, ale dałem im mniejszą.
Muszę powiedzieć, że szanuję Seneglaczyków za ich pomysłowość i spryt w zdobywaniu pieniędzy. Wolę to, niż mieliby żebrać lub okradać. A kogo nie szanuję? Kilku idiotów z tefałenu.