citroen blog

Twój nowy blog

Chciałem sobie zrobić nowy tatuaż. Ale po wizycie w Starej Babie mi się odechciało.
Studio niby dobre, polecane. Udajemy się tam z Mirellą.
Wchodzimy, mówimy uprzejmie dzień dobry, nikt nam nie odpowiada.
Dwie wypięte laski upiększają sobie kości ogonowe, dwóch innych kolesi z poprzekłuwanym i wytatuowanym wszystkim, siedząc przed komputerem, kompletnie nie zauważa naszej obecności.
A my stoimy jak te pindy.
Po bardzo długiej chwili w końcu jeden z nich pyta:
- No co tam?
Już chciałem powiedzieć, że przecież widać, że sprzedajemy ubezpieczenia na życie, ale mówię, że chciałbym tatuaż, taki a taki i pytam za ile i kiedy.
Koleś udaje że nie rozumie i rzuca jakiś termin z dupy za miesiąc.
Za miesiąc to ja będę w lepszym miejscu. Już jestem.

!!!

Brak komentarzy

ŁOT A FOKS PES ON CZEMPS ELYZI IN A FOJER OF THE HOTEL!!!

Mój szef naprawdę powiedział „czemps elyzi”, kiedy rozmawialiśmy o Paryżu.
I, o zgrozo, nie żartował.

Mam mnóstwo przyjaciół.
- My friend! My friend! Mon ami! – wołają za mną.
Tylko żaden z nich nie wie, jak mam na imię. I skąd pochodzę. Pytają:
- Spain?
- No.
- France?
- No.
- Russia?
- WHAT???

Zapamiętajcie stare przysłowie niedźwiedzicy: Prawdziwy przyjaciel zawoła cię na ulicy.

R21GPS

2 komentarzy

Senegalska taksówka.
Rozklekotane Renault 21. Aż dziwne, że ma siłę jeszcze jechać.
Za to na desce rozdzielczej połyskuje atrapa GPS.
Zamiast ekranu – lusterko.

Najpierw pomogłem pchać autokar, który nie chciał zapalić. Silny jestem.
Senegalczycy byli chyba zdziwieni, że taki biały turysta, w koszulce Burberry, na dodatek oryginalnej, a nie z miejscowego bazaru, chce pchać razem z nimi.
Chwilę potem podszedł do mnie starszawy mężczyzna i zaczął się zachwycać, jaki to nie jestem pomocny, mówić do czarno-białej współpracy i dziękować mi, bo to się rzadko spotyka. Cóż, nawet miał rację. I zaczęły się pytania: jak się nazywam, jak długo jestem w Dakarze, czy pierwszy raz i skąd przyjechałem. Kiedy powiedziałem, że jestem z Polski, z euforią krzyknął, że uwielbia Polaków, bo pracował kiedyś na statku, a Polak był jego szefem. W tym samym momencie wręczył mi wisiorek w kształcie afrykańskiego kontynentu, jako prezent i talizman. Podziękowałem pięknie. Za moment dał mi jeszcze naszyjnik i bransoletkę, które wyciągnął nagle z kieszeni, mówiąc, że daje mi je, bo jest bardzo szczęśliwy, bo właśnie wczoraj urodził mu się syn. I tą radością chce się ze mną dzielić. Nie wiem po co mi taka biżu, ale przyjąłem, nie chcąc go urazić. Wtedy zaczął opowiadać, ile to gości nie zaprasza na jutro z tej okazji, ile to kóz nie będzie musiał zabić, ile to kosztów nie poniesie, ale syn to takie szczęście, że jest tego warte. A potem wyciągnął ode mnie parę tysięcy franków, jak to powiedział, „na mleko dla dziecka”.

Tego samego dnia, już bez żadnego pchania autobusu, ot tak sobie zostałem zaczepiony jeszcze dwa razy i dwa razy dostałem identyczne wisiory, naszyjniki i bransoletki i usłyszałem identyczne historie, prawie co do słowa. Ale im już podziękowałem i wszystko oddałem.

A potem poszedłem sobie na długi spacer i uwierzcie, nie da się tak sobie połazić spokojnie. Tym razem jeden mężczyzna postanowił pokazać mi swój bar w wiosce rybackiej. No dobra. Kolorowe łodzie na brzegu wyglądały przepięknie, żałowałem, że nie mam ze sobą aparatu. A ten bar był już tutaj tutaj, a my szliśmy i szliśmy jakimiś zaułkami i tylko troszeczkę bałem się, że mnie za chwilę zamordują. Ale przecież jestem silny, umiem wypchąć autobus. W końcu dołączył się do nas starszy pan, który jest „ojcem wioski” i pokazał mi ciekawe miejsca: meczety, gdzie modlą się mężczyźni, miejsce sądów sąsiedzkich, kilkusetletnie baobaby przynoszące szczęście, wąskie przejścia, gdzie podobno Gerard Depardieu nie mógł się zmieścić ze swoim brzuchem, cmentarz tylko z usypanymi kopczykami, ale bez żadnych tablic, bo po śmierci wszyscy są sobie równi i uliczkę krawców.
Oczywiście na koniec chcieli ode mnie całkiem sporą sumę na jedzenie dla dzieci w wiosce, ale dałem im mniejszą.
Muszę powiedzieć, że szanuję Seneglaczyków za ich pomysłowość i spryt w zdobywaniu pieniędzy. Wolę to, niż mieliby żebrać lub okradać. A kogo nie szanuję? Kilku idiotów z tefałenu.

Pewnie sie zaraz wszystkim naraze,
bo wszystkie nagle jak jeden maz projektuja torby.
Niestety jednak do Birkin, Muse czy 2.55 tym wyrobom torbopodobnym brakuje tyle,
ile moze dzielic gawrony i tropikalne motyle.
Gdzie podziala sie forma? Gdzie wysmakowane detale?
Zamiast tego powstaja wielkie bezksztaltne wory, w ktorych sie ma zmiescic „wszystko, czego potrzebuje wspolczesna kobieta”.
Owszem, widzialem kobiete z tabletem, ale naprawde rzadko sie zdaza, zeby ktoras nosila przy sobie komputer stacjonarny. Z monitorem starego typu. I dwanascie kilogramow kartofli. I pomiedzy tym wszystkim szminke.
Podobno kazdy taki wor jest unikalny, ale przyznajmy – w zasadzie nierozroznialny.
I w kazdej kolekcji zadaje szyku fakt, ze torba jest w metaliku.
Jesli istenieje jeszcze przedmiot „sztuka kaletnicza”, to przykro mi, ale zadna nie zalicza.

nie zastapi
ale kiedys powiedziala
„teraz ja moge byc twoja mama”
po dziewieciu niewidzialnych miesiacach
choc alzheimer pustoszy
wyciaga rece
i ze lzami w oczach wykrzykuje „maciek!”
przytula

„W Powsinie cudne słońce i cisza jak na końcu świata. Odwiedziłem grób Twojej mamy. Całuję.”

Prawdziwy przyjaciel przyjedzie nawet z Krakowa.

Co dla innych wyjatkowe, dla mnie jest codziennoscia.
Czytam wywiady z kobietami, ktore zaslynely z tego, ze potrafia gotowac i ladnie podac jedzenie. I jeszcze zrobic zdjecie.
Kiedy ja ugotuje, nie mam czasu na fotografowanie, bo wystygnie, lepiej jesc! Tym bardziej ze koordynowanie dwoch patelni i dwoch garnkow, aby wszystko bylo gotowe w tym samym momencie, to prawdziwa sztuka i stres. I kiedy siadam w koncu do stolu, przez pierwszych kilka sekund po prostu odpoczywam, cieszac oczy i nos, zanim zaczne cieszyc podniebienie.
Tez lubie piekne rzeczy i bardzo jestem dumny z moich obrusow z polskiego lnu, ceramiki z Boleslawca, porcelany Royal Doulton, bialoruskich krysztalowych kieliszkow i szklanek oraz posrebrzanej zastawy vintage, ktora kupuje przez internet w jednym z amerykanskich sklepow. Ponad stuletnie lyzeczki do cukru, sosjerki, dzbanki, maselniczki i swieczniki mozna tam dostac prawie za bezcen.
Nie korzystam z przepisow, czasem tylko szukam inspiracji. Zwykle eksperymentuje. Gotowanie jest troche jak matematyka – wiadomo co trzeba dodac, aby rozwiazac rownanie. Mieszkanie na wyspie w jakims stopniu ogranicza, bo nie zawsze moge znalezc wszystkie skladniki. Ale dzieki temu rozwijam kreatywnosc w kuchni. I czy ktos moze mi powiedziec, czemu nigdzie nie mozna dostac pietruszki? Skoro jest natka, powinna byc i pietruszka! Kiedy tlumacze, ze potrzebuja taka jakby biala marchewke, nikt nie wie o co chodzi.

Nie samym jedzenie jednak zyje i czasem trzeba tez sie ubrac. Jakis czas temu wymyslilem sobie, ze chcialbym miec spodnie z pieknej wzorzystej afrykanskiej tkaniny, ale o bardziej europejskim kroju. Bo nie lubie Europejczykow, ktorzy przebieraja sie a afrykanskie bubu. Kilka tygodni temu udalo mi sie kupic takie materialy w Dakarze. Zaraz po powrocie otworzylem najnowszy numer Esquire i znalazlem tam zdjecie nowej kolekcji Burberry Prorsum, wlasnie ze spodniami, o jakich myslalem. Ale moje sa ladniejsze.
Dakar jest fajny i tym razem podobal mi sie jeszcze bardziej, bo mialem osoby, ktore lepiej pokazaly mi to miasto. Francuski Instytut Kulturalny bedacy oaza spokoju w samym centrum, z pieknym ogrodem i restauracja.
Seneglaczycy sa piekni i bardzo otwarci. Chcialbym wygladac jak oni, chociaz przez trzy dni uslyszalem kilkadziesiat komplementow na temat mojego wygladu. I nie wpadlem z tego powodu w histerie i nie zaczalem sobie wyobrazac, jak niektorzy, ze za takie „uznanie” to wkrotce ukaze sie na okladce francuskiego Vogue’a. Po prostu – co dla innych wyjatkowe, dla mnie jest codziennoscia.

Pip sie na mnie znowu obrazil, wyrzucil mnie ze znajomych na fesbuku i zablokowal. Juz nie mam do niego zdrowia i nie do konca ogarniam. Kiedy napisze o nim pochwalny artykul, jestem cacy. Kiedy zazartuje, jestem be. Wlasnie pojawia sie film o nim i wedlug jego pomyslu i chetnie chcialbym go zobaczyc, bo czytalem fragment scenariusza i byl swietny. Chcialem tez zadzwonic i pogratulowac, ale przeczytalem na wikarym cos w stylu, ze jesli o przyjazn trzeba walczyc, to nie jest tego warta. Swieta racja. Pozostaje mi tylko miec nadzieje, ze skoro potrafi juz zartowac z siebie na scenie i w filmie, moze w koncu nauczy sie w zyciu.

Czasem, nie tylko kiedy mieszka sie w tropikach,
Ni stad, ni stamtad, pojawiaja sie mrowki.
Zwykle walcze z nimi przy pomocy ajaxa,
Choc zawsze mowie im, ze je podziwiam za pracowitosc i pomyslowosc.
I przepraszam.
Wczoraj, kiedy zobaczylem na kuchennej podlodze, jak transportuja ziarenko ryzu pod kuchenna szafke,
Postanowilem darowac im zycie. Pewnie kiedys tego pozaluje.


  • RSS